Zaglądają, podglądają.

czwartek, 3 sierpnia 2017

A czas jak rzeka...

Miałam przyjemność, bo to na prawdę była przyjemność, pooglądać sobie pewien ogród. Lubię oglądać, a nawet, jak kiedyś chodząc ulicami miasta podglądałam cudze mieszkania, podglądać, tyle że cudze ogrody, a nie czyjeś pokoje. 
Ale zaczęło się nie od ogrodu.
Długa historia, więc krótko.
Odwiedził nas rowerzysta nieznany. M poszedł uspakajać psy i pytać, kto zacz. Okazało się, że rowerzystą jest jego kolega ze szczenięcych lat, który zobaczył nas na ekranie, pokombinował i przyjechał sprawdzić, czy my tomy. Nic nadzwyczajnego, tylko że rowerzysta Z ma tyle lat, ile ma, a mieszka w odległości 50 km. Ot, wsiadł na rower i przyjechał sobie. Każdy swego świra ma. Pogratulować.
Rozmowom nie było końca, a w ich trakcie okazało się, że Z jest zegarmistrzem i że kocha zegary "ale co to teraz są za zegary i zegarki".
I tu mnie tknęło, bo skoro tak kocha...
Patrz mówię...


 ...to zegarek z duszą, szkoda tylko, ze nie chodzi.
Z obejrzał dokładnie przód i tył [Babcie miała na imię Antonina, mody na imiona powracają].


Schował do kieszeni, poklepał ją i powiedział, że odbiór u niego, wsiadł na rower i popedałował. Też 50 km.
Zadzwonił niebawem, oznajmił, że Omega do odbioru.
Właśnie wróciliśmy od Z i, żeby było jasne, nie byliśmy rowerami.
Jestem oczarowana. Z mieszka prawie w centrum sporego miasta, raczej w starej dzielnicy i nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie ogród.
Zaczyna się niewinnie, przedogródkiem.
Liliowce w renesansie, są i tu.


Dalej miłe oku ogrodnika akcenty.


W różnych odcieniach.


Połączone ze sobą świetną ściółką z kamyków.


A w narożniku jeden mocny detal.


Piękny, zdrowy miłorząb szczepiony na pniu. Nie przepadam za "szczepankami", a ten mi się podoba.


Czemu miłorząb, o tym za chwilę, idźmy dalej przejściem prowadzącym za dom. Uroku temu ogrodowi dodaje okoliczna architektura.


Bluszcz na murku opada na ściółkę z kory, ale inną niż te ogólnie stosowane w formie posypki. Ta ułożona jak parkiet.


Urzekła mnie nawierzchnia przejścia.


I nie raziła mnie ta hortensja, rozpleniona ostatnio w ogrodach. Tu pasuje, rozświetla, nie razi swym ogromnym przepychem.


Po drodze miłe elementy zielonej architektury.


Tu koniec przejścia.


Robi się mroczniej, cieniściej, bardziej tajemniczo.


Bo tak.


I tak.
Schodki łączą piękne różnice terenu. w ogóle ogród jest wielopoziomowy.


U dołu ciurka delikatnie stukawka i pojawia się pierwszy niebieski kolor.


Zaczyna się serce ogrodu.
Nic na siłę, a widać, że miłorząb z przedogródka nie był przypadkiem - wyraźnie czuje się tu klimat ogrodów Wschodu. A nic na siłę, bo ogrody Wschodu to raczej kolor czerwony i czarny, a tu niebieski.
Dalej jest tak.


Zachwycająca jest ta właśnie hortensja. Kto zna nazwę, proszę pisać.


A skoro różowo, to jeszcze to - niby nic, a jak ładnie się komponuje.


Spokój. Czuje się go wyraźnie, a ogrody Wschodu, to ogrody spokoju.


Funkie, mimo różnorodności odmian, spokojne.


I spójrzcie tu.


Tu zaczyna się tajemna ścieżka z karmnikiem.


Zastanawiam się, jak mogłam z nim walczyć, bo wygląda cudnie.


No więc ta ścieżka, a na niej...


...niebieski ptak.
Jak malowany. Żuraw? Czapla? Nie wiem, ale zachwyca.


Inny stylowy drobiazg.


I inny element ogrodów Wschodu - woda.


Jeszcze raz woda.


Obok wody.


I za wodą.


Z boczku dalsze stylowe elementy.


I już wiadomo, co autor miał na myśli.
Kolor niebieski w ukryciu, widocznie właścicielka ogrodu go lubi.


W ukryciu także hodowla następnych host.



Zamiast pawilonu herbacianego jest najprostsza z możliwych bambusowa altana z widokiem..


Ale czas jak rzeka, pora się żegnać.


Podziękowałam za zegarek, którego ponoć nie dało się naprawić, a jednak się dało. Ostatnie spojrzenie i w drogę.

 
Reminiscencje.
Można mieć zaciszny ogród w centrum miasta.
Można mieć ogród bez chwastów, pod warunkiem, że jest to ogród w centrum miasta.
Można mieć stuletni dom rodzinny, o ile godzimy się, że każde pieniądze idą na jego utrzymanie.
Wolę stuletni zegarek, od stuletniego domu, mniejsze koszty.
Dalej nie wiem, czego chcę, choć priorytety mam - dom jednopoziomowy, niewielki, gaz, kanalizacja, pod miastem.
Zawsze, ale to zawsze jest coś za coś i zawsze jest jakieś [albo kilka] "ale".

W drodze powrotnej krótka wizyta, gdzie ogród niegodzien pokazania, ale TO godne pochwały.


Orzech rósł sobie obok domu, a zaplanowano taras. Można było ze spokojem i ku chwale ministra wyciąć go w pień, ale uszanowano, wkomponowano, dano żyć.
N zakończenie kolejne pytanie i konia z rzędem, kto na nie odpowie.
Co to za roślina? Rosła sobie na dworze, w pełnym słońcu, kolor niemal czarny, w donicy. Nie mogłam przejść obojętnie.


Nie było nas kilka godzin, a po powrocie zalana piwnica, bo awaria bojlera, a w ogrodzie rządzą zające zaprzyjaźnione z niewywiązującym się z zadań psem.


I wyjedź człowieku na chwilę.
Doszedł nowy obowiązek - "Tylko pamiętaj, że ten zegarek trzeba nakręcać".
Wiem..., "a czas jak rzeka, jak rzeka płynie..."
Tak niedawno widziałam, jak ten zegarek nakręcała moja Babcia, potem moja Mama, ja jako młoda dziewczyna.

PS
Ogród jest dziełem córki Z

Pozdravka.









 























piątek, 28 lipca 2017

Genetyka rodzinna.

O mnie, bo to ja, było głośno.
Wprawdzie niczego nie napisałam do wiecznie smutnego pana, niczego nie dałam do przekazania panu ze starej stodoły, ale córką leśnika , jak najbardziej , jestem.
Leśnika, drzewiarza i myśliwego.
Już padają gromy... Już się sypią...
A jednak, myśliwego też.  Trwały spory, bo jak można, a On cierpliwie tłumaczył, że nie tylko można, ale trzeba.


Tak było latami, zimami, wiosnami i jesieniami - broń, lornetka, nieodłączna furażerka i w las.
Może miał rację, może nie, już nie podyskutujemy, fakt faktem, że w końcu wyszło na moje, bo kiedyś, ot tak, powiedział, że sprzedał broń. Oniemiałam.
Broń. Dryling. Najcenniejsza rzecz. Dmuchana, chuchana, polerowana z ceremoniałami znanymi tylko posiadaczom tychże. Sprzedana.
Nie pytałam dlaczego, wiedziałam, a do tematu już nie wróciliśmy.
Pozostał mi orzełek z furażerki o którego historię nie zapytałam i lornetka.


Pozostały cudowne wspomnienia.
Każde wakacje w lasach Puszczy Noteckiej.
Chyba już było, ale jeszcze raz. No więc to w tej leśniczówce, albo gdzieś obok niej wypoczywaliśmy.


Słowa agroturystyka nie znano, ale to było właśnie to. Tu zobaczyłam po raz pierwszy i zakochałam się w jamnikach szorstkowłosych. Mam, bo czy można nie kochać?


Tak spędzałam ostatnie wakacje po skończeniu zootechniki.


Już wiadomo, po kim mam geny przyrodnicze.
A komu przekazałam?



Blondynce. Maturę zrobiła w technikum ogrodniczym.
Drugiej żaden gen odpowiedzialny za cokolwiek związanego z biologią najszerzej rozumianą się nie trafił.
Nasze dialogi na temat roślin wyglądają tak:
- Roślinkę sobie kupiłam.
- Jaką?
- Fajną.
- Ale jak się nazywa?
- A, to nie wiem.
- A jak wygląda?
- No mówię, że fajna...taka zielona.

Ale wiadomo, że dziedziczy się nie tylko po rodzicach i tym to sposobem właśnie "zielone" geny powędrowały do jej starszej córki.
Zawsze ze zwierzętami. Raz z  małymi.


Raz z dużymi.




I gdyby zawód zootechnika miał jakąkolwiek przyszłość, to kto wie.
Takimi meandrami doszłam do sedna w temacie genetyki.
Moja duża satysfakcja - kolejne pokolenie w rodzinie studiować będzie w tym samym mieście, na tej samej uczelni, na kolejnym wydziale.
Kolejne pokolenie odwiedzać będzie to miejsce. Za czasów studiów mojego Taty nie było go, ale za moich i M już tak. Ile kaw, ile piw, ile przegadanych godzin. Bo czyż nie milej w takich okolicznościach przyrody, niż na salach wykładowych? No milej.


Sławna knajpka...


...działa i ma się dobrze.
Polecam lokal i powodzenia Marianno!
A w ogrodzie powiało, połamało.


Położyło, wywróciło.




Jak ogarnę, pokażę, może jeszcze zdążę pokazać lipcowy ogród. Może, bo czas gna jak pendolino. Już po Ance, a wiadomo, że po Ance wiadome ranki...
Pytanie mam takie.


Ktokolwiek wie, proszę napiszcie, odpowiedzcie - co to za trawa? Nie wiem skąd, nie wiem co, pewnie z jakiejś wyprzedaży. Trzymam w donicy, bo jak ognia boję się rozłogowców.
Boje się też własnych ogórków, których przezornie posiałam mało, ale one postanowiły plonować odwrotnie proporcjonalnie i przerażeniem napawa mnie rozrośnięta plantacja malin, która miała zostać znacznie zmniejszona, ale nie wyszło.

Pozdravka.