Zaglądają, podglądają.

piątek, 10 marca 2017

Wycinka.

Ale nie o drzewach będzie. Wszak ja, oprócz specjalnie posadzonych świerków na choinki, brzozy, co zagrażała przewodom, orzecha, co sam umarł i modrzewia powalonego wiatrem - wyspowiadałam się - żadnego drzewa nie wycięłam i nie wytnę.

Nie będę pisała, co myślę o wycince ogólnopolskiej. Kto mnie wyczuwa, wie co sądzę, po co używać brzydkich słów.

Nie napiszę też o Gardenii, bo piszą wszyscy. Powiem jedynie, że... nie, nie powiem. No może to, że dobrych gustów Polek i Polaków to ona, ta Gardenia, nie ukształtuje. A powinna.


Bo jak? Tak? Strach się bać.


Tak? Wieś tańczy i śpiewa? Ale, przepraszam wsie,  to nawet na ludowo nie jest. No i w ogóle co to jest?

Za rok pojadę tylko po to, żeby w małym a miłym zespole blogerskim spotkać się w Kulce i pooddychać luftem z vaterlandu. Może ja się nie znam, może nie wiem, nieprofesjonalna w końcu jestem. Jak to Grażyna. Umów nie zawrę, kontraktów nie podpiszę, a łażę i marudzę, więc  targi spokojnie sobie odpuszczę. A za takie tryndy jak w pokazowych ogródkach, gdzie sztuczne kaczki gonią sztuczne grzyby, dziękuję.

Tymczasem nadeszła pora cięcia. Pochmurnie, bezmroźnie [tfu!], dobry czas. Każdy do swego.
Ja tu.


Tragedia, przejść nie można.


Wystrzeliło do nieba radosnymi odrostami. Kto nie zna natury bluszczu, niech uważa.


Dwie godziny cięłam, nie skończyłam. Zimno, przedwiośnia jest zdradliwe. Przy tej pracy dobrze się myśli i wymyśliłam, że sekatory powinny mieć obowiązkowo wszczepiane czipy, jak psy. System cyfrowych zabezpieczeń przed zaginięciem.

Natomiast M ciął i ciął.


Pierwszy raz, a sadzenie było jedenaście lat temu, żywopłot należało przyciąć drastycznie, bo zrobił się za szeroki i za wysoki. Takie cięcie tylko przed ruszeniem wegetacji, "na sucho".
Trzy sekatory, pilnik, wiązanki mało wiosenne rzucane gęsto, ale poszło.


Widać, o ile został pomniejszony. Zazieleni się pewnie później, ale latem będzie łatwiej ciąć.
Czasem gniazdeczko z zeszłych sezonów.


Tyle o naszej wycince.
Zastanawiam się, co czują, co myślą ludzie wycinający drzewa. O ile czują i myślą cokolwiek. Zastanawiają się, kto je posadził? Kiedy? Dla kogo? Nie boją się, że piła się omsknie?
W ogrodzie szaro, ale przebudzanie trwa.


Awaryjne barwinki w doniczkach zawsze przydatne jako szybkie wypełniacze czegokolwiek.


Bo bratków za mało.

M kupował. Konsultował telefonicznie.

-  Ile tych fiołków?
- ???
- No chciałaś...
- Bratków...
- Znaczy bratków, ile?
- A jakie są?
- Nie wiem, różne są.
- ...
- To chcesz te fiołki? Ja ci dam tę panią, dogaduj się, bo ona się mnie o coś pyta.

Z panią dogadałam się szybko, tylko zamówiłam za mało, bo bałam się w jakim stanie dotrą.

Umaiłam w czym mogłam i jak mogłam.



Z przecenionymi drastycznie trzmielinkami.


Z barwinkiem.


W ukochanej doniczce.


Na wejściu wśród iglaków do posadzenia za chwilkę, ale na razie tu.



Z bukszpanem i różą.
Małe są, ale zwarte, niskie i rokują.

Jutro ciąg dalszy zakupów. Poszłam w monochromatyczność, skończyłam z pstrokacizną i razi mnie to, choć kolor sam w sobie ładny.


I deserek - wreszcie mam, zawisły! Moje drzewa dojrzały do posiadania budek.


Apartamenty czekają. Tylko srok zatrzęsienie. Jak przegonić sroki?

Od przyjaciela pszczelarza wiosenna wiadomość.

"Dzisiaj super. Pszczoły w pełni się obleciały, ptaki śpiewają, kwiatki się zaczynają, a roboty od jasnej..."

Napisał piękny tekst o pszczołach, który zaczyna się tak:

                Niespełna 100 lat temu Albert Einstein sformułował słynną tezę, według której 4 lata po tym jak zginie ostatnia pszczoła taki sam los spotka ludzkość. Przyjmując, że są to faktycznie słowa tego wielkiego uczonego zastanawiać  może jak to możliwe, że tak daleko idąca wizja zrodziła się w tym genialnym umyśle, ukierunkowanym jednak na nauki ścisłe. Do tego jeszcze życie noblisty przypadło na złote lata pszczelarstwa. Czyżby swoją definicję oparł na jednym  z wielu słynnych powiedzonek, że „dwie rzeczy nie mają granic: wszechświat i ludzka głupota, choć co do pierwszego nie ma pewności.

Mam wklejać ciąg dalszy?

Pozdravka.





sobota, 18 lutego 2017

Koty z klików.

Co klik, to kot. Świętowały czyli.
Nie przepadam, ale miałam, to go uczczę opowieścią z dziwną treścią.
A było tak.

Zimowy poranek, a zima ostra. Płacz pod oknem okrutny. M sprawdza, bo dziwna sprawa.
Kocię szaro-bure, niedorosłe, zabiedzone. M do lodówki, kiełbaska, kiełbaska, kiełbaska...
- Pić mu się pewnie teraz chce.
Mleczko, ale już w piwnicy, bo zimno przecie.
- Mamy kota?
- Nie, tylko niech się ogrzeje.
Acha, czyli mamy kota, bo tylko kota mi jeszcze brakowało, ale cicho siedzę. A M co chwilę do piwnicy biega.
- Wiesz, jaki mądry, na piecu sobie śpi, patrz, sam wskoczył, mądry kotek.
No intelektualista, nie kot, doprawdy geniusz...

I tak posiedliśmy kota Mariana, a czemu Mariana, nie pytajcie, nie wiem.

Marian zaprzyjaźnił się zaraz na zawsze [ a czemu na zawsze, to na końcu] z Burasiem.


Chodziły wszędzie razem, nie wiem, czy go po drzewach łazić nie nauczył, bo ptactwa w ogrodzie było dużo mniej, mniej niż na jednego kota przypada na pewno. Był kotem piwniczno-ogrodowo-tarasowym i trwał z nami kilka lat, ku uciesze najmłodszych. Niańczony, głaszczony, w wózku lalczynym wożony.

Nastał kolejna zima. Marian nagle zniknął. Cały dzień go nie było, następnego dnia też, pies chodził sam i smutny.

Średnia w przerwie na lepienie kolejnego bałwana dostała zadanie posprzątania w budzie Burasia.
Wrzask podniosła okrutny, łzy leciały jak groch, bo w budzie psa znalazł martwego kota. Mariana...

Powiedzcie mi, co się mogło stać? Futerko czyste, żadnych śladów walki, cierpienia. Jego domem była piwnica, skąd się wziął w budzie przyjaciela? 

Mała dostała kolejna lekcję przyrody, a my pozostaliśmy z na zawsze z nierozwiązana zagadką.

Uczciłam kota, świętować będę 1 lipca. Urodziny córki i Dzień Psa. Ona ma dwa, my dwa, będzie bal.

Za trzy dni przedwiośnie, za dwa tygodnie Gardenia, a potem z górki!

Pozdravka.

czwartek, 16 lutego 2017

Przed przedwiosennie.

Bo to się zwykle tak zaczyna...


Kupujesz jeden kwiateczka i pierwszą paczuszkę nasion. Jedną, bo przegląd nie zrobiony, a godecji nie miałam w życiu, więc w zapasach nie mam.

Potem zaczynasz nawozić domówki, bo luty.

Ta domówka-tarasówka przeżyła zimę bez strat ulistnienia. Wreszcie! Chłodno i jasno, tak lubi, tak ma mieć.


Z przycięciem oliwnego krzaczora jeszcze poczekam.

Zew przedwiośnia, moje ręce organicznie rwały się do pierwszego kontaktu z glebą, szybkie małe sadzenie.


Skąd sadzonki? Stąd.


Kilka padło, ta przetrwała, nie pytajcie czemu.

Z piwnicznych czeluści przyniosłam jedną donicę z pelargonią. Przycięłam ostro, kompostem sypnęłam, podlałam i teraz w ciepełku czekać będę na materiał sadzonkowy.


To świetna metoda, sadzonki napędzane wiosennym przymusem rośnięcia przyjmują się świetnie, pod warunkiem nie przelewania i podłoża z piaskiem.

Moja piwnica...


Burdel to mało powiedziane.


Ale to mój burdel, zawsze wiem, co gdzie mam i jakże on malowniczy.


Może bym i posprzątała, tylko zimno tu, a na dworze słońce!
Obejdę, popatrzę...


Cud znikających białych plamy.


Zapowiedzi wielkiego cięcia. Cięcie wisi nade mną jak sekator firmy F.

Tu wyciąć szare ze złuszczoną korą. Pęcherznice.


Tu czerwono i pięknie i niby nic...


...ale te najstarsze z plamami starości do wycięcia. Derenie, dla M "durnie" i wiemy o co chodzi.


Staruszek pięciornik do wystrzyżenia na jeżyka.


Nie zdążyłam jesienią, wiatry obaliły, podobno wiosną też można ciąć. Powojnik.


Róże skrócę o połowę, albo i lepiej.


Zapomniane. Marcinki. Michałki. Astry czyli.


Oprócz ciecia będzie wielkie sprzątanie.
Wierzba jak piękna,


 tak krucha.


Liście dębu się nie rozłożą.


Niestety, wielki grabienie czeka.


Żywopłot oddzielający część gospodarczą nie zjedzony!


Brzezinka przeżyła!


Chyba, że na przedwiośniu sarnom zabraknie witamin i mikroelementów. Wyczytałam, żeby kupić lizawkę, pytam M, gdzie się kupuje. Usłyszałam, że "w bydlęcym". Ktoś wie, gdzie jest bydlęcy?

Wędrując zauważyłam porównanie kominów dwóch.


My palimy na retorcie ekogroszkiem, dymu nie widać, sąsiad miałem i Bóg wie czym... Produkcja wiejskiego smogu trwa i ręczę Wam, trwać będzie. Taki mental.

Kamienie na skarpie zarastają zielonym.


Pies, który ileś lat temu zakopał tu kość, uparcie twierdzi, że ona tam jest. A może ma nadzieję, że odrosła? Dziura jest każdej wiosny.


Tu wygrabić, tam wyciąć, tu zasypać, tam ustawić...


A za pięć dni najprawdziwsze przedwiośnie!

Pod dereniami już je widać.


A w domu? Niech no tylko zakwitną jabłonie! Jabłonka w oknie zawsze przypomina mi pokoik Ani z Zielonego, ten na facjatce. Kiedyś o takim pokoiku marzyłam. Mam przedpokoik. Też ładnie.


Co do dwóch poprzednich postów dotyczących wielkich decyzji i wielkich dylematów, no to wiecie same, nie można zaniedbać ogrodu, to pewne.

Jeszcze to.


Czasopismo mnie nie powala, ale jeśli ktoś się wybiera, to bilet wstępu jak znalazł.
No właśnie, ktoś coś, jakieś spotkanie?

Zdjęcia jakieś szaro-bure niemniej już przed przedwiosenne!

Pozdravka.

































































































Niepomna na katar

wtorek, 7 lutego 2017

Dylematy.

Dziękuję Wam. Dziękuję za dobre rady. Przemyślałam je.
Tak myślałam.


Przeanalizowałam. Jakoś mi  wyszło pół na pół. Czyli dalej nie wiem, dalej rozterki, raz tak, raz siak.
Siedzę i siedzę, myślę i myślę, gapię się...


 ...i dalej myślę.
I patrzę.


Wasze rady, z grubsza biorąc,  były takie:

- Rozparcelować.

No to wtedy już nie będzie TO. Poza tym zmieniły się przepisy w handlu ziemią. Dobra zmiana nie pozwala sprzedać ot tak działki powyżej 3000m2 bez domu i powyżej 5000m2 z domem, ale pobudowanym przed ustawą. Nie wiedziałyście? To już wiecie. A ja mam nadzieję [jak już ja nabędę w 100%], że znajdzie się ktoś, kto zechce czegoś większego, a większego, jeśli nie jest rolnikiem nie kupi, i wtedy proszę bardzo, dwie działki obok siebie, jedna do 3000, druga do 5000 z domem i można. Czyli, geodeta, tę zmniejszyć, tę zwiększyć i gotowe.

Działka pierwsza do powiększenia.
Starsze zdjęcie.


Młodsze zdjęcie. Już za skarpą mamy co? Trawnik. A staw wysechł.


Działka druga, nieużywana, do zmniejszenia.


- Zalesić częściowo.

Że niby roboty będzie mniej. Odpada. Zasłonię to, co piękne, czyli widoki na dal, a poza tym sarny i szaraki zeżrą wszystko, co posadzę szybciej niż będę dosadzała. No i kiedy ten las ewentualnie stałby się lasem? Nie będzie nas, będzie las...

Takie widoki zjedzą młody las i wszystko co posadzę.



- Przekazywać dzieciom, wnuczkom.

Nikt za bardzo nie jest zainteresowany. Praca, rodzina, szkoły, studia, własne siedziby, brak miłości do  ogrodu. To nie jest dom do którego czują sentyment, nie wychowywały się w nim, nie mieszkały, rozumiem.

Posiedzieć, kawkę wypić, obiadek zjeść, jak najbardziej, ale jak rośliny dzielą się na "takie całe zielone" i "'takie z kwiatkami"...


A nawet jak na roślinach się znamy, to lepiej się poopalać.


Dla młodszych ogród "rośnie sam" i służy do zabawy.


Tu dorastały.


A najmłodsza po prostu urodziła się razem z ogrodem.



-Sezonowo, do cięższych robót, zatrudnić kogoś do pomocy.

Odpada. W mojej okolicy znaleźć kogoś do pracy w ogóle graniczy z cudem.

- Nie oglądać się za siebie, szukać nowego miejsca, czekać na okazję sprzedaży i kupna.

Aniu, to do Ciebie. Szukam. Wiesz, fajnie by było w P. pod P. W tej starej części P, w odremontowanym starym domku i żeby jeszcze to P. było pod K. Wiadomo, że nie tak będzie, ale byłoby świetnie. Na kawkę bym do Ciebie wpadała. Co Ty na to?
Żart.
Szukam, sprawdzam ogłoszenia - za duży, za wysoki, bo ma być parterowy, za mała działka, za duża działka. Jedyny do przyjęcia wygląda tak.


- Patrz, jaka fajna działka, wiesz co by tu można zrobić? To M.
-Wiem, zwertkulować to zielone. To ja.
Bo M bez trawnika do wertykulacji nie istnieje. Nawet na  beton ogrodzenia nie zwrócił uwagi, a powinien.


On by wszystko zrył i założył trawnik pokazowy.
Ale domek jednak za mały i bez wymaganych warunków. Czegoś się musimy trzymać.

Wreszcie odpowiedź od Megi , która napisała tak:

"W życiu bym się nie rozstała z tym miejscem, wiedząc to, co wiem o waszym życiu w nim- że ciągle wam go mało, że się nim cieszycie i napawacie. Po co działać wbrew sobie, tak naprawdę? Mało to życie od nas tak czy siak wymaga? Poszukałabym wtedy zmiany w sobie- poluzowałabym kontrolę, co samo w sobie byłoby podróżą i ciekawym doświadczeniem. Względy praktyczne też przemawiają przeciw- tak czy inaczej stracicie na tym, a nowe miejsce będziecie starali się urządzić po swojemu, więc nici z tego luzu i odpoczynku, o którym myślisz. Chyba, że to jest sposób na życie- wciąż coś robić, ulepszać, budować. No i wiadomo, że nie wiem wszystkiego, może jest jakiś plan."

 Skąd Ona nas aż tak zna?

Jak szukać zmiany w sobie?
Bo że działam tak na prawdę wbrew sobie, to ja wiem.
Nie chcę robić na nowo, ulepszać i budować.
Nie ma planów, piszę jak jest.
Rozterki są.
Jak poluzować żywopłotom? Puścić na żywioł wierząc, że ligustr jednak ma granice wzrostu? Może?

.
Nie przycinać dereni? I co?


A co z cięciem bukszpanów?


Bluszcze jakby się rozesłały... Nie miałabym nic przeciwko, tylko żeby poszły tam gdzie chcę ja, a nie one.
Te ok.


A te pójdą na dom i zawładną nim.


No i te cholerne trawniki.


A z drugiej strony, te widoki... Przecież wierzyć się nie chce, że bocian nie sztuczny.


Dalej myślę.


W przerwach czytam.
Czytam  i nagle, jak królik z kapelusza, taki fragment. Mowa w nim o drugiej kuchni domu:

"... którą Penelopa używała jako skład narzędzi ogrodniczych i gdzie trzymała swoje słomkowe kapelusze, gumowce, swoje fartuchy z grubego płótna, doniczki, koszyki i szpadle."

A potem taki:

Ogród, kiedy tu przyjechała, był zupełnie zdziczały, ale tym lepsza była z nim zabawa. Ogród to była jej prywatna mania. Spędzała w nim każdą wolną chwilę, z entuzjazmem fanatyka plewiąc, kopiąc grządki, rozwożąc taczki pełne nawozu, wycinając zeschłe gałązki, sadząc, robiąc przeszczepy, pielęgnując sadzonki."

Czujecie te smaki?
Wiecie, co to za, świetna zresztą,  książka?

Tytuł wpisu "Dylematy". Bo trwają, bo są.

Pozdravka.