Zaglądają, podglądają.

wtorek, 14 listopada 2017

Czerwienie, żółcienie, zielenie.

Najchętniej zaczęłabym, i zaczynam, od tego, że ostatnio czerwień kojarzy mi się z kolorem brunatnym. I nie jest to piękne zestawienie.
Czerwone race odpalone przez pewną "młodzież", dymy w czerwieni sztandarów, a w mojej głowie brunatne mundury. Porażające i przerażające!
Gdzieś kiedyś też się tak zaczynało...
Moja chata z kraja i tu moje schronienie przed cholerną rzeczywistością.


Tu mój azyl coraz bardziej ukryty, cichy, ciepły i spokojny, wyzłocony.


A dookoła moja czerwień. Tę lubię, mimo, że listopada, nawet w słońcu, nie znoszę.


Berberysy mają wrogów. Bo kolce, bo przyciąć nie można, bo "wytnij to cholerstwo".
Akurat!


Berberysy dają plamy.


Bywają w prawie wiśniowym.


A jakby ktoś chciał się odgrodzić nieprzebytym, to nie ma jak one.


Tyle o berberysach, które chwalę każdego listopada.


Tę czerwień też lubię. Liście opadły i pokazała się w pełnej dereniowej krasie.


Liści coraz mniej, zieleni coraz mniej, a tu proszę.


Przywrotnik prawie wiosenny.
Otóż. Po kwitnieniu, dzięki radzie Mai, tak TEJ Mai, przycinam go równo z ziemią. Po chwili pojawiają się niezliczone młode liście i trwają tak do jesieni. Przekazuję dobrą radę, polecam.
Czy ja się nie powtarzam?

No i limonkowa zieleń jaśminowców. Przycięte po raz drugi wbrew zasadom, po całości, bo taras się w nich utopił, zazieleniły się nowymi przyrostami, które zdążyły zdrewnieć.


Miłorzębowe złoto w czystej postaci.


Całoroczna zieleń mocno tego roku zaniedbanych bukszpanów.


Muszę. Jeszcze raz zielony - ukochany mech na psiej budzie.


Berberysy, irgi i winobluszcze to jedna wielka ptasia jadłodajnia.


Z tych owoców natomiast nie skorzystają ptaki, o nie.


Pigwóweczka naleweczka, książeczka, może przetrwam.

Zimno, wracam.


Widzicie, jak w listopadzie kwitnie lobelia samosiejka?
Ale ja nie o tym, a o tym.


Mój sposób na wykorzystanie kwiatostanów hortensji ogrodowej. Nieładne podłoże, a pięknie wygląda.
I jeszcze jako wypełniacz.



Czyli, nie tylko do wicia wianków.

Z innej beczki, oby nie beki.
Tak się składa, że zdarzają mi się ostatnio niezwykłe historie - docierają do mnie zdarzenia sprzed lat, odzywają się nieznani członkowie rodziny, odkrywam nieznane, sklejam dawne dzieje, uzupełniam drzewo genealogiczne i tak się zastanawiam...
Spisać to dla potomnych? Bo jak nie ja, to nikt, to wiem na pewno. A w taki jesienny czas...
Co o tym sądzicie? A może jakaś próbka w najbliższym poście?

Pozdravka.