Zaglądają, podglądają.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzosy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Jak wrzesień, to...

... wrzosy, oczywiście.
Ale zanim o wrzosach, to o coraz częściej pomijanej, zapominanej dacie - pierwszego września  1939. Nie będę nudzić, króciutko, chcę Wam coś pokazać. Chłopca, który mógłby być jednym z przyjaciół filmowych bohaterów z "Jutro idziemy do kina". Jak oni zdał w 1938 roku maturę, jak oni był młody, piękny i radosny, z ufnością patrzący w życie. I jak oni tamtego pierwszego września poszedł na wojnę.

To mój Tato. Jeszcze usmiechnięty, bo to dopiero Szkoła Podchorążych, a po niej studia. Tak myślał, takie miał plany.

Na studia poszedł dopiero po strasznych sześciu latach, ale wtedy o tym nie wiedział. Nie wiedział o czekającej Go strasznej bitwie pod Tarnawatką. Nie wiedział, że powiedzie się brawurowa nocna ucieczka z niemieckiej niewoli, o latach okupacji, o operacjach wojskowych i walkach w szeregach Drugiej Armii do końca, do ósmego maja 1945 roku.  Niczego nie wiedział, a światowa polityka pisała scenariusz  życia tego młodego chłopaka.
Wiele takich wojennych losów  opisanych jest w tej książce.
Tato był jednym z nich, chłopcem z lasu.

 A teraz wracam do wrzosów.
Kilka obrazków z mojego wrzosowego kątka. Może brak podstaw, żeby kątek nazywać już wrzosowiskiem, ale podstawy stanowiskowe ma - piach zmieszany z kwaśnym torfem i słoneczna wystawa. Rośliny wrzosowisk to lubią. Poza tym dwie zasady obowiązują zawsze; nie kupuję wrzosów w marketach, bo są raczej są jednorazowe i podlewam rano. Tak mi podpowiedziano, to przetestowałam i tego się trzymam, a wrzosy, golterie i inne wrzosowiskowe mają się świetnie.







Wiele w ogrodzie jest "moje", ale trawnik należy do M. Efekty spektakularne, ale czegoż On dla trawników nie robi; karmi, poi, czesze, strzyże, chucha i dmucha, no i ma. Mam i ja! Przy okazji, bo na aż takim dywanie mi nie zależało.


Ja zamiast uganiać się z kosiarką, albo wozić ciągniczkiem koszącym, a mulczującym, wolę chwile z kawą i książką tu, w moim miejscu pod wierzbą. Nawet bez kawy i książki jest tu co robić. Można bez końca wgapiać się w TO. Dacie wiarę, że wczoraj na TYM zobaczyłam klucz dzikich gęsi? Aparatu oczywiście nie miałam. Pocieszam się, że dopiero ćwiczą, obgęgują trasę i miejsca postoju na pikniki w drodze.

A skoro o książkach zaczęłam. Zbieram zapasy lektur na jesień i zimę. Dostałam już autobiografię Głowackiego za 6 zł plus koszt przesyłki. Jasne, że z Allegro.
Pozdravka.

wtorek, 19 czerwca 2012

Minął dzień.

"Już słońce zaszło, psy się uśpiły...
...pod ulubionym jaworem."
Zdjęcie jakże adekwatne. Słońce zaszło, pies śpi, a jawor stoi. Jak w znanej [mam nadzieję] piosence.  To piękne drzewo, to klon jawor właśnie.
I po dniu. Po kolejnym dniu. Czy Wam też czas tak... Ucieka?
Cały dzień w ogrodzie. Skończę, niby ogarnięte wszystko, a tu niespodzianka, już chwaściory tam, gdzie dopiero co je wywaliłam są. Nowiutkie, świeżutkie. Boję się zapuścić, bo ogarnia mnie paniczny strach, że nie dam rady.
Dziś na skarpie.
   Milutko. Ciepło, ale nie upalnie, lawenda zniewala zapachem i niby czyściutko, prawdaż? Ale z bliska okazuje się, że wróg czuwa. Malutki, czerwoniutki z żółtymi kwiatkami mój wróg osobisty, wczepiony korzonkami nie do wyrwania szczawik.
Szczawika nie pokażę, ale wierzcie, że kryje się w każdym zakamarku. Myślę, że przywlókł się do ogrodu z jakąś rośliną, bo kiedyś go nie było. Nie jest też typowym chwastem polnym nawiewanym z okolicznych pól, których  mam dostatek.
No więc pod każdą z tych roślin szczawiki, a pod kamieniami mrówy. Miliony mrów.
Walczę. Wiem, wiem, że mrówki są pożyteczne bardzo i nawet bym się z nimi jakoś dogadała, gdybym nie widziała, co potrafią i JAK one działają. Otóż, gdy im bardzo, ale to bardzo coś, czytaj roślina, przeszkadza, to unicestwiają ją kwasem mrówkowym. Wiedzieliście, bo ja nie. Tak załatwiły mi wiele roślin i teraz z nimi walczę. Trudno.
Cały dzień w ogrodzie, ale bez przesady. Żyję jak południowiec. Czyli od południa fiesta i koniec. Żadna siła nie zmusi mnie do pracy w upale. Wolę wstać o piątej, a potem błogostan tu.
Pod drzewem osobliwości wszelakich, bo samo w sobie było tak pokraczne, że aż się prosiło żeby odwrócić od pokraczności uwagę.

Huśtawka jest przeznaczona do huśtania rośliny, tylko jeszcze nie wiem, jaka się pohuśta.
Tu kontempluję sobie wrzosowisko.


Oczywiście w trakcie kontemplacji dostrzegam chwasty, które muszę natychmiast usunąć.
I kontempluję dalej.

Podziwiając, jak pięknie rosną maleństwa otrzymane w ramach nagrody.
Po czym przenoszę się na drugą stronę i patrzę sobie tak.
Mój piknikowy koszyk mieści prawie tyle co moja torebka, z zamianką portfela na kubek kawy, która mi się do tegoż koszyka notorycznie ulewa.
I gdyby nie koniec sjesty, to żyć nie umierać.
Niestety, proza życia nakazuje mi wrócić do domu.
Bo żaden facet nie naje się tym. Ja bym się tam najadła...

No, może nie dwiema, ale miseczką, z bita śmietaną, jak najbardziej.
Jeszcze coś. Na zwariowanym drzewie w donicy z pelargonią rośnie taka żurawka. Ktoś wie, jaka to odmiana?
Koniec. Żeby jutro fiestować, trzeba popracować. Szczawiki rosną, mrówy grasują, ogród czeka.
To dziwo na środku, to kwitnący rojnik, jakby kto pytał.
Pozdravka.