Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek....
Opłakałam i przebolałam fakt, że Mama już do mnie już nie przyjedzie, że nie zobaczy ogrodu. Jest przecież taka chora, co dzień słabsza, a czerwcowy kryzys ledwo zażegnany. To ja miałam do Niej jechać przed tygodniem, gdy nagle pojawiła się myśl - błyskawica. Że właśnie w tych dniach, jak nigdy, nie ma żadnego terminu związanego z chorobą; żadnych badań, pobrań, wizyt lekarskich , a w dodatku zapowiada się piękna pogoda. Więc? Kiedy, jak nie teraz? Zadzwoniłam, zaproponowałam, dałam czas na zastanowienie. To tylko [ i aż... ] dwie godziny jazdy, przywieziemy, odwieziemy.
Odpowiedź była taka.
Lato, Mama, taras, kawa. Czy nie wygląda, jak okaz zdrowia? Ach, jak pozory mylą.
Klasyka, Mama czytała zawsze, czyta nadal i na szczęście przekazała mi zaczytanie w genach .
Czytała więc sobie również pod "swoją" wierzbą. Swoją, bo siedem lat temu kupiła sobie na balkon sadzonkę wierzby mandżurskiej. Wierzbie balkon absolutnie nie odpowiadał, trafiła do mojego ogrodu i zmieniła się w drzewo, w moją ukochaną krzywą wierzbę, albo "mandżura - rozpióra", jak nazywa ją M.
Odwieźliśmy już Mamę. Została radość, że mogłyśmy mieć dla siebie nasze darowane dni i nadzieja, że może jeszcze uda się je powtórzyć. Nadzieja - bezcenny lek.
Pozdravka.
Zaglądają, podglądają.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie rodzinne.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie rodzinne.. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 lipca 2013
wtorek, 11 grudnia 2012
Coś z niczego.
Czyli, ze starego, zbędnego, kupionego, bądź zostawionego, bo się przyda i nawet czasem sie przydaje.
Tak lubię, coś z niczego i szybko; nie było, jest, nie miałam, mam. I tym sposobem posiadłam rzeczy następujące.
Karmnik sikorkowy pierwszy zrobiony ze starej, przypalonej mocno z drugiej strony deseczki do krojenia. Umajone to starym kawałkiem liny, gałązką, rafią.
Do deseczki przybity gwoździk na słoninkę, kawałki kory i proszę bardzo, są! Wyczaiły, że niżej też dają.
Idąc za ciosem i obserwacją oblotów sikorek zmajstrowałam karmnik sikorkowy drugi, najprostszy. Kawałek drewna z kotłowni, gwoździk i dalsza wyżerka.
Z obserwacji wynika, że samiczki przepędzane z tarasu korzystają z zaokiennego parapetu kuchennego. I dobrze, panie do kuchni.
Następne "z niczego coś", to już nie ja.
Latem kupiliśmy na starociach takie oto nóżki za 30 zł, bo się przydadzą. Nie lubię z pedałami i kołami, więc w sam raz te luzaczki.
Pół roku czekały i się doczekały. Pisałam, że cierpliwość popłaca. Czekałam na wenę, chęć tworzenia, natchnienie, jak zwał, tak zwał i nagle M doznał i mam.
Dla mnie cudo, mistrzostwo wykonania. I jeszcze taki ruchomy pręcik skombinował na zawieszenie doniczki, teraz latarenki.
Na stoliczku, który latem powędruje na dwór i zostanie kwietnikiem, teraz leży cudna serwetka bardzo okołoświąteczna, którą lata temu dostałam od Teściowej, mistrzyni haftów, dokładności i cierpliwości.
Spójrzcie na sciegi w zbliżeniu, jakie cudo.
A tu motyw jakby saneczkowy. Tyle prań, prasowań [pamietaj, prasuj tylko na lewej... ], a serwtka jak nowa.
Smutno. Które to już Święta bez Marii...
A życie płynie i mimo zapowiadanego końca świata ludzkość biega, robi zakupy i w ogóle o tym nie myśli!
Ja tam pomyślałam i taki osobisty niezbędnik na koniec świata sobie postawiłam na tarasie. Odsnieży Drogę Mleczną, oświetli i ogrzeje czarne przestrzenie. Jakby co, to ja mam!
Tak na prawdę, to pomysł ściągnęłam z oglądanej w sklepie dekoracji. Nie dacie wiary jakie pieniądze TO kosztowało! Aż mnie zatrzęsło. Dobra, było kolorowsze, sztucznym śniegiem obsypane, ale nic więcej. Pogrzebałam w czeluściach piwnicznych, zmodernizowałam po swojemu, prysnęłam rubinem trzonki piły i szufli i mam, a śnieg w dodatku prawdziwy! Szyszek dorzucę, szybciej się rozpali.
Dobrych pomysłów życzę!
Pozdravka.
Tak lubię, coś z niczego i szybko; nie było, jest, nie miałam, mam. I tym sposobem posiadłam rzeczy następujące.
Karmnik sikorkowy pierwszy zrobiony ze starej, przypalonej mocno z drugiej strony deseczki do krojenia. Umajone to starym kawałkiem liny, gałązką, rafią.
Do deseczki przybity gwoździk na słoninkę, kawałki kory i proszę bardzo, są! Wyczaiły, że niżej też dają.
Idąc za ciosem i obserwacją oblotów sikorek zmajstrowałam karmnik sikorkowy drugi, najprostszy. Kawałek drewna z kotłowni, gwoździk i dalsza wyżerka.
Z obserwacji wynika, że samiczki przepędzane z tarasu korzystają z zaokiennego parapetu kuchennego. I dobrze, panie do kuchni.
Następne "z niczego coś", to już nie ja.
Latem kupiliśmy na starociach takie oto nóżki za 30 zł, bo się przydadzą. Nie lubię z pedałami i kołami, więc w sam raz te luzaczki.
Pół roku czekały i się doczekały. Pisałam, że cierpliwość popłaca. Czekałam na wenę, chęć tworzenia, natchnienie, jak zwał, tak zwał i nagle M doznał i mam.
Dla mnie cudo, mistrzostwo wykonania. I jeszcze taki ruchomy pręcik skombinował na zawieszenie doniczki, teraz latarenki.
Na stoliczku, który latem powędruje na dwór i zostanie kwietnikiem, teraz leży cudna serwetka bardzo okołoświąteczna, którą lata temu dostałam od Teściowej, mistrzyni haftów, dokładności i cierpliwości.
Spójrzcie na sciegi w zbliżeniu, jakie cudo.
A tu motyw jakby saneczkowy. Tyle prań, prasowań [pamietaj, prasuj tylko na lewej... ], a serwtka jak nowa.
Smutno. Które to już Święta bez Marii...
A życie płynie i mimo zapowiadanego końca świata ludzkość biega, robi zakupy i w ogóle o tym nie myśli!
Ja tam pomyślałam i taki osobisty niezbędnik na koniec świata sobie postawiłam na tarasie. Odsnieży Drogę Mleczną, oświetli i ogrzeje czarne przestrzenie. Jakby co, to ja mam!
Tak na prawdę, to pomysł ściągnęłam z oglądanej w sklepie dekoracji. Nie dacie wiary jakie pieniądze TO kosztowało! Aż mnie zatrzęsło. Dobra, było kolorowsze, sztucznym śniegiem obsypane, ale nic więcej. Pogrzebałam w czeluściach piwnicznych, zmodernizowałam po swojemu, prysnęłam rubinem trzonki piły i szufli i mam, a śnieg w dodatku prawdziwy! Szyszek dorzucę, szybciej się rozpali.
Dobrych pomysłów życzę!
Pozdravka.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Stonka domowa.
Koniec ferii, koniec najazdu stonki. Koniec śniadań w południe. Koniec kłębowiska ciuchów i mokrych ręczników w łazience. Zniknie wiecznie odkręcona butelka z szamponem z brzegu wanny i przestanie wyparowywać papier toaletowy [ "Czy wy go zjadacie?"- zapytał M...]. Pozbierałam sto kredek, spinek, gumek do włosów i rzeczy zapomnianych, posprzątałam, cisza zadzwoniła mi w uszach i... wszystko wróciło do normy.
Przy założeniach, że trójki na raz nie będzie, bo zwariuję, że siostry osobno, bo się pozabijają, że w przypadku pytań małej, gdzie jest siostra, jak siostra będzie u mnie, należy niestety kłamać, że u koleżanki, logistyka zdała egzamin.
Łatwo nie jest, ale się kochamy. Ze starszymi kochamy się tak:
One: Wiesz, jak ja my cię kochamy?
Ja: Nie wiem.
One: Bardzo. Bardzo, bardzo.
Ja: A za co najbardziej?
One: Za to, że masz taki szybki internet. Żartujeeemy!!!
No, ja nie wiem, czy do końca.
Młodsza, jeszcze nie skażona wrednością, kocha miłością
bezinteresowną, słodką i namiętną - "Jak ja lubię, jak ty mnie tak
tulisz... , a zrobisz mi kisielek?"
A może "kisielek" już nie całkiem bezinteresowny?
Jak
to dobrze, że są. Jak to dobrze, że to są same dziewczynki. Żaden
testosteron nie zakłóca nam babskiego gadania. M. czasem huknie, ale
niegroźnie.
A ponieważ, mimo przedwiośnia, pogoda zupełnie nie ogrodowa, udało mi się skończyć pewne rękodzieło.
Sama nie wierzę, bo trwało lata świetlne, ale skończyłam!
Teraz akcent ogrodowy, bo jakże. Jutro, bezwzględnie jutro, niezależnie od pogody, idę ciąć winorośl, jabłonkę, i aronię, bo termin goni. Reszta cięcia w marcu i kwietniu.
* Słodyszek- również szkodnik rzepaku.
Pozdrawiam jak zawsze.
Przy założeniach, że trójki na raz nie będzie, bo zwariuję, że siostry osobno, bo się pozabijają, że w przypadku pytań małej, gdzie jest siostra, jak siostra będzie u mnie, należy niestety kłamać, że u koleżanki, logistyka zdała egzamin.
Łatwo nie jest, ale się kochamy. Ze starszymi kochamy się tak:
One: Wiesz, jak ja my cię kochamy?
Ja: Nie wiem.
One: Bardzo. Bardzo, bardzo.
Ja: A za co najbardziej?
One: Za to, że masz taki szybki internet. Żartujeeemy!!!
No, ja nie wiem, czy do końca.
![]() |
| Czego dzieci robić nie powinny. |
A może "kisielek" już nie całkiem bezinteresowny?
![]() |
| Słodyszek* |
A ponieważ, mimo przedwiośnia, pogoda zupełnie nie ogrodowa, udało mi się skończyć pewne rękodzieło.
Sama nie wierzę, bo trwało lata świetlne, ale skończyłam!
Teraz akcent ogrodowy, bo jakże. Jutro, bezwzględnie jutro, niezależnie od pogody, idę ciąć winorośl, jabłonkę, i aronię, bo termin goni. Reszta cięcia w marcu i kwietniu.
* Słodyszek- również szkodnik rzepaku.
Pozdrawiam jak zawsze.
czwartek, 2 lutego 2012
Dla Ciebie Mario.
Była sobie szczęśliwa dziewczyna. Miała mamę, tatę, siostrę, braci, narzeczonego i mieszkała na przedmieściach dużego miasta w rodzinnym domu stojącym w różanym ogrodzie. Bajka.
Była śliczna, zgrabna, lubiła się pięknie ubierać, a nawet pozować w prawie scenicznych strojach. Jak to dziewczyna. A może skrycie o czymś marzyła...?
Wtedy wybuchła wojna.
Po wojnie nie miała nikogo i niczego, oprócz najmłodszego szesnastoletniego braciszka, który wynędzniały powrócił właśnie z przymusowych robót w Niemczech.
Była zmęczona pożogą, osobistymi tragediami, a jedynym sensem jej życia stał się brat, który osierocony jak i Ona, Ją nazywał teraz swoją Mateńką.
Jednak młodość ma swoje prawa, a radość z końca wojny i przyjaciele sprawili, że dziewczyna dała się namówić na to spotkanie.
W domu znajomych było wesoło, ciepło, gwarno, ktoś grał na pianinie, ktoś poprosił ją do tańca. Tańczyła. Tańczyła, bo lubiła, bo zawsze była pogodną, wesołą, radosną dziewczyną i chciała choć na chwilkę zapomnieć.
Kiedy muzyka umilkła, podeszła do nieznanego jej pianisty, złożyła dłonie i poprosiła żeby zagrał jeszcze raz. Odmówił, a na pytanie dlaczego, odpowiedział, że jest zazdrosny.
Widział ją pierwszy raz w życiu i był zazdrosny o to, że kiedy on gra, ona tańczy z innym.
Pozwoliła mu odprowadzić się do domu.
W wyzwolonym mieście nie było komunikacji, szli więc nocą śnieżnymi ulicami i rozmawiali, a zanim doszli do celu, nieznajomy poprosił ją o rękę.
Przestraszona propozycją dziewczyna powiedziała, że jest to niemożliwe, bo ona musi wychować dziecko.
Nieznajomemu nie przeszkadzało dziecko i natychmiast zadeklarował, że wychowa je razem z nią. Kiedy pojęła, o czym on myśli, co może pomyśleć o niej i zaczęła tłumaczyć, że źle ją zrozumiał, powtórzył propozycję.
Starszy o szesnaście lat przystojny, silny mężczyzna wzbudzał zaufanie, dawał nadzieję, a Marianna była taka samotna i taka zmęczona...
Wkrótce wyniszczony nadludzką pracą zmarł braciszek.
Ślub odbył się pół roku później.
Marianna wyszła za mąż za szalejącego za nią człowieka bez miłości. On dał jej dom, dostatek, bezpieczeństwo, spokój, ukojenie i swoją cierpliwość. Czekał na miłość.
Czy Marianna go pokochała? Tak. Wielokrotnie opowiadała mi o tej miłości i wiem, jaka była ogromna, cudowna i dojrzała.
Trzy lata po ślubie urodził im się syn, firma prosperowała, a dumny szczęśliwy mąż i ojciec planował budowę domu.
Bajka Marianny skończyła się tak szybko, jak się zaczęła.
Straszna, nieuleczalna wówczas choroba męża najpierw skorygowała marzenia, potem zniweczyła wszelkie plany, a na końcu odebrała jakąkolwiek nadzieję.
Mimo to, Marianna walczyła, wiedząc, że walczy bez sensu. Tak nakazywało jej sumienie.
Nie myśląc o przyszłości swojej i dziecka oddała lekarzom pieniądze przeznaczone na dom, za spieniężone kosztowności, a na końcu, za sprzedany fortepian, z zastrzeżeniem, że kupiec odbierze go dopiero po śmierci męża, żeby nie widział i nie wiedział...
Kiedy zadbała o szczegóły ostatniej transakcji, mąż zmarł, kupiec odebrał fant, a mały sześcioletni chłopiec nie pojmował, dlaczego obcy ludzie zabierają ukochany instrument jego taty.
Marianna była moją teściową. Pokochała wielką miłością mnie i swoje dwie wnuczki, nasze córki, i nauczyła mnie kilku bardzo ważnych rzeczy. Najważniejszą jest ta, że nie należy żałować niczego, co można nabyć; zbitej filiżanki, zgubionej obrączki, czy rozbitego samochodu.
Dziecko - mówiła - przecież TO wszystko można kupić...
Drugą było przekonanie Marianny, a teraz i moje, że największą świątynią świata, gdzie w ciszy i w zachwycie można rozmawiać z Bogiem, jest przyroda; lasy, łąki, parki, ogrody i pola, nad którymi dzwonią skowronki.
Ogromnie cenię sobie pamiątki, jakie mi zostawiła Maria, Marianna, Marylka, bo tak Ją nazywano.
Drobiazgi, takie jak pudełko na guziki, własnoręcznie uszyty igielnik, naparstki
Piękna wazę, jaką uratowała z zawieruchy wojennej, który to fakt w Niej samej budziło bezbrzeżne zdumienie, bo "po co mi była ta waza?"
Wizerunek Madonny, który zawsze chronił Jej skromne mieszkanko, a teraz nasz. dom.
I biurko, przy którym napisałam moje wspomnienie o Mariannie.
Dziś Twoje imieniny Mamo, dziękuję. A ruga część opowieści o Tobie będzie na pewno weselsza, obiecuję.
A Was pozdrawiam serdecznie i gorąco, bo mróz siarczysty.
Była śliczna, zgrabna, lubiła się pięknie ubierać, a nawet pozować w prawie scenicznych strojach. Jak to dziewczyna. A może skrycie o czymś marzyła...?
Wtedy wybuchła wojna.
Po wojnie nie miała nikogo i niczego, oprócz najmłodszego szesnastoletniego braciszka, który wynędzniały powrócił właśnie z przymusowych robót w Niemczech.
Była zmęczona pożogą, osobistymi tragediami, a jedynym sensem jej życia stał się brat, który osierocony jak i Ona, Ją nazywał teraz swoją Mateńką.
Jednak młodość ma swoje prawa, a radość z końca wojny i przyjaciele sprawili, że dziewczyna dała się namówić na to spotkanie.
W domu znajomych było wesoło, ciepło, gwarno, ktoś grał na pianinie, ktoś poprosił ją do tańca. Tańczyła. Tańczyła, bo lubiła, bo zawsze była pogodną, wesołą, radosną dziewczyną i chciała choć na chwilkę zapomnieć.
Kiedy muzyka umilkła, podeszła do nieznanego jej pianisty, złożyła dłonie i poprosiła żeby zagrał jeszcze raz. Odmówił, a na pytanie dlaczego, odpowiedział, że jest zazdrosny.
Widział ją pierwszy raz w życiu i był zazdrosny o to, że kiedy on gra, ona tańczy z innym.
Pozwoliła mu odprowadzić się do domu.
W wyzwolonym mieście nie było komunikacji, szli więc nocą śnieżnymi ulicami i rozmawiali, a zanim doszli do celu, nieznajomy poprosił ją o rękę.
Przestraszona propozycją dziewczyna powiedziała, że jest to niemożliwe, bo ona musi wychować dziecko.
Nieznajomemu nie przeszkadzało dziecko i natychmiast zadeklarował, że wychowa je razem z nią. Kiedy pojęła, o czym on myśli, co może pomyśleć o niej i zaczęła tłumaczyć, że źle ją zrozumiał, powtórzył propozycję.
Starszy o szesnaście lat przystojny, silny mężczyzna wzbudzał zaufanie, dawał nadzieję, a Marianna była taka samotna i taka zmęczona...
Wkrótce wyniszczony nadludzką pracą zmarł braciszek.
Ślub odbył się pół roku później.
Marianna wyszła za mąż za szalejącego za nią człowieka bez miłości. On dał jej dom, dostatek, bezpieczeństwo, spokój, ukojenie i swoją cierpliwość. Czekał na miłość.
Czy Marianna go pokochała? Tak. Wielokrotnie opowiadała mi o tej miłości i wiem, jaka była ogromna, cudowna i dojrzała.
Trzy lata po ślubie urodził im się syn, firma prosperowała, a dumny szczęśliwy mąż i ojciec planował budowę domu.
Bajka Marianny skończyła się tak szybko, jak się zaczęła.
Straszna, nieuleczalna wówczas choroba męża najpierw skorygowała marzenia, potem zniweczyła wszelkie plany, a na końcu odebrała jakąkolwiek nadzieję.
Mimo to, Marianna walczyła, wiedząc, że walczy bez sensu. Tak nakazywało jej sumienie.
Nie myśląc o przyszłości swojej i dziecka oddała lekarzom pieniądze przeznaczone na dom, za spieniężone kosztowności, a na końcu, za sprzedany fortepian, z zastrzeżeniem, że kupiec odbierze go dopiero po śmierci męża, żeby nie widział i nie wiedział...
Kiedy zadbała o szczegóły ostatniej transakcji, mąż zmarł, kupiec odebrał fant, a mały sześcioletni chłopiec nie pojmował, dlaczego obcy ludzie zabierają ukochany instrument jego taty.
Marianna była moją teściową. Pokochała wielką miłością mnie i swoje dwie wnuczki, nasze córki, i nauczyła mnie kilku bardzo ważnych rzeczy. Najważniejszą jest ta, że nie należy żałować niczego, co można nabyć; zbitej filiżanki, zgubionej obrączki, czy rozbitego samochodu.
Dziecko - mówiła - przecież TO wszystko można kupić...
Drugą było przekonanie Marianny, a teraz i moje, że największą świątynią świata, gdzie w ciszy i w zachwycie można rozmawiać z Bogiem, jest przyroda; lasy, łąki, parki, ogrody i pola, nad którymi dzwonią skowronki.
Ogromnie cenię sobie pamiątki, jakie mi zostawiła Maria, Marianna, Marylka, bo tak Ją nazywano.
Drobiazgi, takie jak pudełko na guziki, własnoręcznie uszyty igielnik, naparstki
Piękna wazę, jaką uratowała z zawieruchy wojennej, który to fakt w Niej samej budziło bezbrzeżne zdumienie, bo "po co mi była ta waza?"
Wizerunek Madonny, który zawsze chronił Jej skromne mieszkanko, a teraz nasz. dom.
I biurko, przy którym napisałam moje wspomnienie o Mariannie.
Dziś Twoje imieniny Mamo, dziękuję. A ruga część opowieści o Tobie będzie na pewno weselsza, obiecuję.
A Was pozdrawiam serdecznie i gorąco, bo mróz siarczysty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























