Zaglądają, podglądają.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą berberysy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą berberysy. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

Usprawiedliwiam się.

Usprawiedliwienie.
Piszę sobie sama, bo już mogę.
Za niekomentowanie [ale czytam w biegu], za nieodpisywanie na komenty [ale dziękuję bardzo].
Powód prozaiczny - permanentny brak czasu z powodu konieczności krążenia. Między wiochą, a Poznaniem, między ogrodem, a szpitalem, aptekami, w których leków brak [ale możemy zamówić], a lekarzami. No wiecie, jak to jest, a jeśli nie, to się nie dowiadujcie, czego życzę.
Do usprawiedliwienia dołączam kilka jesiennych słonecznych chwil z ogrodu.
Fragment skarpy, kiedyś dumnie zwanej skalniakiem.
Szczegóły, głównie z berberysami.

 I świerkiem Conica.
Jeszcze raz berberysy.

Trawy.
Drobnica.


I drobnica najdrobniejsza - ukochana pachnąca macierzanka piaskowa.
Skalniak przestał być skalniakiem, a został po prostu skarpą, gdy pozbyłam się wymagających wielkiej opieki wyszukanych roślin, a mniej wyszukane rozrosły się, rozpanoszyły, wyparły. Nawet lewizje przepadły, bo nie dałam rady osłaniać ich przed opadami. Miałam ambicje, nie miałam wiedzy, a jak ją posiadłam, to okazało się, że nie mam tyle czasu i cierpliwości. Trudno, skarpę polubiłam, bo jak się nie ma...
Jesieni nie lubię dalej, mimo że jeszcze coś zakwita.
Bo włazi nieproszona do domu.
Bo odlatują ptaki.
I tylko ten facet niezmiennie roześmiany. Kiczowaty, ale świetny na rozweselenie. Popatrzcie.
 Działa?
Pozdravka.
 






wtorek, 16 lipca 2013

Lipcowo.

Najpierw się odniosę obywatelsko.
Baaardzo się cieszę, że awantura z ubojem rytualnym skończyła się zwycięstwem ludzkości nad nieludzkością. Cywilizacji, nad zdziczeniem. Być, nad mieć, bo o mamonę w końcu chodziło.
Jestem zootechnikiem [czką?]. Widziałam wiele narodzin i wiele śmierci zwierząt. Wierzcie, lub nie wierzcie, ale jestem przekonana, że zwierzęta przeczuwają śmierć. Są niespokojne, boją się, przy czym strach ich jest różny, w zależności od tego, czy odejście ma charakter naturalny, czy nagły i gwałtowny.
Pamiętam wlepione we mnie cały wieczór oczy najzdrowszej w świecie suki, którą rano znalazłam martwą. Był w nich żal, smutek i strach, ale jakiś spokojny, cichy.
Pamiętam oczy starego konia skazanego na śmierć niby humanitarną, bo przez odstrzał. W jego oczach nie było ani żalu ani smutku, był tylko dziki strach.
Pies i koń. Wiedziały?
Ja rozumiem rytuały, ale nie zrozumiem zadawania bólu.
A teraz lipcowo, przedwieczornie.
Zakwitają hortensje. Cieszą tym bardziej, że z własnego chowu.

W doniczkach sadzonkowane w zeszłym roku. Dwa sezony i do gruntu, tak ma być, info wyczytane.
Najmłodsze, tegoroczne, właśnie się pięknie przyjęły. Zdjęć brak, ale nie omieszkam się pochwalić.
Czy drzewiaste też się da rozmnożyć chałupniczo? Ktoś wie?
W niskim słońcu widać przebarwienia berberysów.
Pomęczę raz jeszcze powojnikiem, bo piękny.
 Rozchodniki pod nim szykują się do startu.
 I jeszcze raz - burza kwiecia, a drabinka się skończyła.
Pięciornik w kremowych kwiatkach. Zero pretensjonalności, dużo wdzięku.
Rugosa, co za zapach!
Szłam sfotografować tawułkę i... co ja widzę? Po wielkiemu cichu poziomki zżera!
Że psy trawę jedzą, co deszcz zwiastuje, to wiem, a jak zjada poziomki, to co?
Zdybany udaje, że nie jadł. Kłamie i zero wstydu.
Może jadł na pogodę? Wybaczone.
Rzeczona tawułka. Koroneczka cudnej urody. Pianka.
Ogień pelargonii. Bardzo ciemny róż z różem jasnym,  przyjemnie dla oka. Chów własny.
Lipcowy cd nastąpi, a tymczasem zajawka z innych rejonów.
Dobrych nocy, dobrych dni.
Pozdravka.








niedziela, 7 października 2012

Marie ogrodowe i szczypta refleksji.

Maria pierwsza.
Lubię berberysy. Kłują, drapią, odstraszają, ale lubię. Za barwy, za odporność i zupełną niekłopotliwość.
O "Marii" dowiedziałam się przypadkowo i zachwyciła mnie - złotem lata , czerwienią jesieni, a najbardziej historią nazwy.
Otóż jest to odmiana wyhodowana w szkółce Kurowskich, poświęcona pamięci Marii - żony założyciela firmy Lucjana Kurowskiego.
Piękne, prawda? Pani Marii nie ma, a pamięć o Niej w tych zachwycających krzewach... Trwa...
Mam dwa młodziutkie egzemplarze i nie bardzo wiem, gdzie je posadzić, jak uhonorować, ale wyczytałam, że nadają się do pojemników, więc się nie spieszę.
"Krzew średnio silnie rosnący, dorastający do 1,5 m wysokości, o wyprostowanych, czerwonawych końcach młodych pędów. Liście duże, złoto-żółte, z karminowym obrzeżeniem, jesienią przebarwiające się na pomarańczowo-czerwone, bardzo dekoracyjne. Owoce liczne, duże, czerwone, dekoracyjne."
Cytat z firmowego opisu.
A to moja ilustracja jesiennego koloru.
I bliżej.
A teraz o drugiej Marii.
Może to kicz, ale zawsze chciałam je mieć - takie miejsce w ogrodzie; zaciszne, oddalone a bliskie, osamotnione, z Nią, Marią, jako symbolem. Symbolem Niewiadomego, Wielkiej Tajemnicy, Wielkiego Błękitu, sama nie wiem jak TO nazwać. Miałam takie miejsce. Czekało. Polowałam na figurkę, ale wszystko co znajdowałam, okazywało się być bezdusznym plastikiem, a nie o to mi szło. Aż, jak zwykle przypadkowo, okazało się , że jest, proszę bardzo, do zabrania od zaraz. Figura ponad metrowej wysokości, z szarego betonu, niestety pociągniętego brzydką farbą, półwiekowa i ciężka. Stoi teraz z tyłu domu i czeka na opalenie farby, a potem zobaczymy, chyba kolor jasny, ale nie biały. Ważne, że jest.

A poza tym prace jesienne w toku i teren za skarpą zaczyna baaardzo powoli zamieniać się w ogród.
 Potrwa, zanim iglaki płożaki pokryją ziemię, ale co tam, poczekam. Doczekam? Coraz częstsze pytanie. Bo niby dlaczego, skoro...
Czytam wpisy młodej dzielnej dziewczyny i ręce mi opadają z bezradności. Pewnie wiecie, o kim myślę...
Dlatego póki co czerpmy radość z w pośpiechu mijanego, niezauważalnego, drobnego. Trudne, ale osiągalne.
Chwile - motyle...
Piękno kształtu.

Zwolnijmy bieg, zauważmy, zachwyćmy się, czego Wam życzę.
Egzystencjalnie jakoś się porobiło. Bywa. Zwłaszcza jesienią. Jesienią życia, nazywajmy rzeczy po imieniu,  najzwłaszczej.
Pozdravka.

niedziela, 13 listopada 2011

Czar berberysów.

Nie ma o czym pisać, bo informacji o nich w bród. Odmiany, odmiany liczne bardzo, tylko wybierać i sadzić, co się komu podoba i co komu potrzebne. Ja raczej o kolorach chciałam, bo chyba teraz są najpiękniejsze; z przebarwionymi liśćmi i koralami owoców.
Nie znam wszystkich odmian. Pochodzą w większości z wyprzedaży, takie ostatki, których nikt nie chciał, bez etykiet, czasem nawet bez doniczek. A że poznawać nie mam ambicji, to nie dociekałam. Z takiego źródła pochodzą między innymi te.




Te natomiast, b. Julianny, kupiłam ze względu na zimozieloność, a raczej na zimoczerwoność. Są cudne, choć Megi twierdzi, że jeszcze ładniejszy jest b. gruczołkowaty.
Znam też nazwę tej ślicznej kulki, niewielkiego b. Kobolda, który postanowił trwać w zieleni.
Wszystkie potwornie kłują, ale co tam kolczastość wobec tych kolorowych plam.
No to pozdrawiam kolorowo i ciepło w mroźny wieczór. Dobrego tygodnia!