... zatopioną w dziczy zarośniętego wszystkim pola zaczęliśmy zamieniać w nasz wyśniony dom w ogrodzie.
Już dziewięć lat?
Niedzielne przedpołudnie na wsi jest ciche, spokojne, senne. U nas też cisza. Goście wyjechali. Pora w sam raz na snucie się i rozmyślanie.
Ale ile można się snuć bezczynnie? Zasnułam się więc pod krzew aronii i zaczęłam niespiesznie.
Z kawusią, niedzielnie.
Rozsiadłam się i popatrując, rozmyślając, wspominając zapełniałam moje ukochane, artystycznie poobijane, stare miski.
Kulek przybywało, myśli krążyły, spirytus czekał.
Żadnej prowizorki, według przepisu. Kulki lśniące, wypłukane, do słoja wsypane, przyprawy dodane, czym trzeba zalane, dalej już tylko czekanie - trzy razy po sześć tygodni. Taki cykl.
Długość trwania cyklu produkcyjnego aroniówki wprawiła M w osłupienie. Ileee? Tyle. Malinówka będzie wcześniej. Acha.
Uspokojony informacją od rana wertykuluje.
Trawnik pokrywa się kożuchem zbędnych źdźbeł, które pozostawione na zimę mogły by sprzyjać śniegowej pleśni.
Po wertykulacji bałagan sprząta kosiarką, a potem leje wodę.
M jest w sprawach trawnika do bólu przezorny i przewidująco zapobiegający wszelkiemu nieszczęściu, jakie mogłoby spotkać JEGO murawę. Dla mnie jest to oczywistym wywoływaniem zimy z lasu, czego oczywiście nie mogę powiedzieć głośno, więc piszę cicho.
Pozdravka.










