Zaglądają, podglądają.

czwartek, 8 lutego 2018

Krótka zima ale trzyma i o domówkach.

Krótka, bo pośnieżyło zadziwiając niepomiernie, bo jak to, śnieg w zimie?
I szybko stopniało.
Te ciapki, to śnieg w locie.


Rozbieliło się dookoła.


Szadź na chwilę dopełniła zimowego uroku.


Najprzyjemniej jest jednak oglądać zimę z ciepłego domu.


Zaśnieżone detale.



I zaśnieżone dale za wierzbami-strażniczkami.


Tę brzozę uwielbiam i w zieleni, i w szadzi.


Krótką zimę załapałam, potem zrobiło się znowu zielono i nadszedł mróz. I mróz trzyma. Taka zima.

A ogrodników, sądząc po wpisach różnorakich, nosi. Już paczuszki z nasionkami, już przebiśniegi i oczary, o ciemiernikach nie wspominając, bo to w końcu ich czas.
No to ja o domowych, skoro jeszcze ziemia skuta, można zadbać o domowe. Bo to też ich czas.
Moje domowe...
Nie za dużo, nie za mało. Nie lubię przeładowania, tłoku.
Skrzydłokwiaty są dwa.


W pojemnikach zgoła innych - nowoczesna ogromna osłonka i wiekowy kubełek na butelki z szampanem.


Skoro o skrzydłokwiatach, to może komuś się przyda. Nie wymagają wiele światła i wbrew niektórym radom, nie muszą być często podlewane. Nadmiar wody powoduje żółkniecie końcówek liści. Przesuszyć, niech liście nawet omdleją i dopiero wtedy obficie podlać. Moje żółte końcówki to efekt tego, że M cichcem je podlewał.
Czego jeszcze nie lubię? Nie lubię i roślin niezadbanych, starych, wybujałych, co to szkoda ciąć, czy wręcz wyrzucić.
Przykład dobroczynnego działania sekatora, to to geranium. Babcina roślina, wracająca do mody jak i monstery.


Miesiąc temu było to metrowym nie wiadomo czym z wiechciem zielonego na suchych badylach.
Zielone wiechcie obcięłam, ukorzeniłam i jest młoda, zdrowa i ładna w pokroju roślina. Z mocno przyciętych badyli powstała druga, równie piękna, już w nowym domu.

Często odmładzane powinno być syngonium. Z przycinanych pędów tworze nowe, lub wyrzucam. Zaraz i tak odrosną.


Tu podobnie, tnę bardzo często, stąd scindapsusów ci u mnie dostatek.


Dalej na elegancko.


I na przaśnie.


I w łazience.



Bluszczyki lubię, a one mnie nie. Ten jakoś cudem uchowany.



Sansewieria, znowu modna. Tu nie mogę się zdecydować, lubię tylko takie malutkie.


Szeflera. Mam od niedawna, jakoś nie rośnie. Może ruszy z wiosną.



Przygotowana jest jako letnia roślina tarasowa.
Podobnie oliwka. Tego roku zimuje w pokoju i ma się dobrze.


To też rośliny spędzające lato na dworze. Ficus ginseng zwany pogardliwie przez prawdziwych bonsaistów "marchewą".


Moje dwie marchewy to wyrzutki społeczeństwa z biedry. Mają sporo lat, są często cięte, a wbrew sztuce liście mają dalej za duże. Czy muszę pisać, że doniczki też z przeceny?

Kiedyś próbowałam przygody z bonsai....


Ale to przygoda na wiele, wiele lat.


Zaniechałam.
Grubosz. Nazywany drzewkiem szczęścia. Ma kilkanaście lat, wyhodowany z badylka.


Przed podcięciem i po wstępnym podcięciu dołu.


Wydaje się brzydszy, będzie ładniejszy latem. Dotnę jeszcze wszystko, co zakłóca linię pnia oraz te wiotkie zimowe przyrosty na wierzchołkach pędów, bo jak drzewko, to drzewko.
Tyle. Tylko albo aż. Dla mnie w sam raz.
Te się nie liczą jako domowe ale są. Sadzonki plectrantusa ukorzenione czekają na swój czas.


Nie ma kwitnących, bo dla mnie kwitnące to w ogrodzie. Tak mam.
Wyjątek robię dla wiosny.


W szkle ale nie las. Las to las. A lasy w słoikach modne, oj modne...
Czy jak napiszę jeszcze, że nie lubię storczyków, to mnie znielubicie?
E, ryzykuję - nie lubię też kominków i grilli murowanych.
Ogniska lubię...


... i nie mogę się doczekać.

Do słońca tęsknimy.


Tak tęsknimy, że przekraczamy zakazaną linię i pchamy się na salony.
Do przedwiośnia trzynaście dni. Odcinacie?
Pozdravka.