Takie słyszy się rozmowy:
“Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze.”
Pan tak więdnie, panie koprze.”
“Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!”
Leżę tutaj już od wtorku!”
Rzecze na to kalarepka:
“Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!”...
“Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!”...
Mądry Pan Poeta napisał wierszyk znany wielu pokoleniom dzieci i, co dziwne, pokolenia dzieci mocno wyrośniętych pamiętają go! W każdym razie u nas tak jest. "Jak tam, jak tam, panie grochu", pytamy tak ogólnie,a zagadnięty wiadomo co odpowie, czyli, wszystko jako tako.
A ja na stragan nie muszę, ja do warzywnego ogródka, a tam, proszę bardzo; zupka jarzynowa rośnie i dodatki do drugiego danka też są. Mizeria rośnie, fasolka, marchew, sałata, buraczki,cukinia, a wszystko to posypać można pachnącym upojnie koprem i koronkową pietruszką.
A miało go nie być... Nigdy, żadnego warzywnika, przecież "na straganie w dzień targowy...", a i w markecie od biedy, kupić mogę co chcę w dowolnej ilości. Ale dwa lata temu, kiedy jak co tydzień wytargiwałam z samochodu i taszczyłam do domu torby z warzywami, nieco zmaltretowanymi upałem, pomyślałam, że może... No i jest. Pyszni się, pachnie plonuje, że hoho. Zadbany nadzwyczaj, aż sama sobie się dziwię.
Tu nastapiła przerwa w wieczornym pisaniu, bo z kuchni doszedł mnie dziwny odgłos. Czyżby już zagotowały się słoiczki z zimową sałatką z cukinii, tak szybko? Wstałam i do dziwnych odgłosów doszedł okropny, no powiedzmy, zapach. Już wiedziałam, powtórka z zeszłorocznej rozrywki... Do gara ze słoikami umoszczonymi na ściereczce nie wlałam wody. Wiecie jak śmierdzi paląca się w garnku ścierka? I dobrze,że nie wiecie. Ręka boska powstrzymała mnie przed zalaniem zawartości gara zimną wodą. Wystawiłam na dwór, pożar się zdusił pod pokrywką, słoiczki zagotowałam W WODZIE, późno sę zrobiło.
A sałatka cukiniowa też z ogrodu, no i z netu. Podobno ma być pyszna, zobaczymy. Ogóreczkowa, z tegoż źródła, rzeczywiście świetna.
I tu przechodzimy do klęski urodzaju. No bo po co ja to robię? No nie dlatego, że tak lubię. Robię, bo z kilku ziarenek wyrastają tony ogórków i innych warzyw, a moja poznańska natura nie pozwala mi umieścić ich na kompostowniku. No to robię, przetwarzam i wmawiam sobie, że jestem niezwykle EKO, że proszę; zasiałam, zebrałam, zaprawiłam, wszystko zdrowe, niczym nie naszprycowane, żadne "E" nie dodane... poznanianaka jedna...
A do ogrodu aż boję się zajrzeć, już tam czekają te nadwyżki, patrzą na mnie i proszą "zrób coś z nami". I jak to zostawić? A zima długa. No to robię.
A to moje uprawy.
Pietruszka naciowa. Nie mogę się napatrzeć na te cudne liście.
Miał być płotek drewniany dookoła. Jakoś nie ma go jeszcze, więc otoczenie mało malownicze, ale może się doczekam. Czy mi się wydaje, czy warzywniki wracają do mody?
Pozdrawiam czytelników-ogrodników i nie tylko, a i popadnięcia w tę modę życzę, jak najbardziej!