Czytam biografię, choć nigdy nie przeczytałam Jego żadnej książki.
Choć "Sztukmistrz z Lublina" od lat stoi na półce w Mamy bibliotece.
Wstyd, ale widocznie trzeba dojrzeć. Właśnie dojrzałam.
Tematyka żydowska interesowała mnie od zawsze, ale tylko interesowała, pobieżnie, powierzchownie, nic więcej, bez wgłębiania się w temat. Ciekawy, tajemniczy, daleki, piękny.
Skąd to zainteresowanie? Nie wiem. Może zaczęło się dawno temu od pożółkłych zdjęć w albumie Ojca?
Stare szkolne fotografie, na nich gromadki chłopców i te Jego słowa...
"To Żydki, widzisz, to Żydek i ten Żydek."
Nie widziałam, nie rozumiałam, nie dopytywałam, ale w słowie "Żydek" wyczuwałam jakąś dziwną nutę. Niemożliwe, że pogardy. A jeśli nawet, to niezamierzonej przecież, bo z czułością i nostalgią wymawiał ich dziwne imiona.
Potem słowo "Żyd "pojawiało się w opowieściach innych ludzi i zawsze gdy je słyszałam, brzmiało w nim coś, co zastanawiało, choć niczego nie rozumiałam dalej.
Stopniowo dowiadywałam się, poznawałam, docierałam do tajemnic nieznanego; do piekła zgotowanego przez innych, do Korczaka i Jego dzieci, do "Sklepów cynamonowych", wstrząsającego "Warkoczyka" Różewicza, przeczytanej jednym tchem "W ogrodzie pamięci, do "Pianisty", do historii takich jak ta:
"Elżbieta, nazywana Bietą, urodziła się 5 stycznia 1942 r. w warszawskim getcie
jako córka Josela Koppela i Heni z domu Rochman. Jej historia jest jednak
historią z happy endem, jedną z 2,5 tysiąca historii żydowskich dzieci ocalonych
dzięki Irenie Sendlerowej. Elżbieta została przemycona jako półroczne niemowlę
na aryjską stronę w zbitej gdzieś na Nowolipiu drewnianej skrzynce, ukrytej na
wozie pełnym cegieł. Jej jedyną metryką jest srebrna łyżeczka z wygrawerowanym
imieniem i nazwiskiem, wciśnięta do ręki Ireny Sendler przez matkę Elżbiety
podczas przekazywania skrzynki pasierbowi – przedsiębiorcy budowlanemu. Miał
przepustkę do getta, więc bez trudu wywiózł stamtąd wóz naładowany cegłami.
Dziecko trafiło do Stanisławy Bussold, znajomej Sendlerowej, felczerki i
położnej, współpracującej z Radą Pomocy Żydom –„Żegotą“, która je zaadoptowała.
Henia Koppel zginęła w wieku dwudziestu czterech lat w 1943 r. w obozie w
Poniatowej, Josel został zastrzelony ponad rok wcześniej na Umschlagplatzu – na
peronie, gdy odmówił wejścia do wagonu. Elżbieta dowiedziała się o swoim
pochodzeniu dopiero w wieku siedemnastu lat."
Widziałam i nie mogłam uwierzyć; płyty umacniające brzeg rzeki okazały się płytami nagrobnymi z żydowskiego cmentarza... Zobaczyłam to przypadkiem, na spacerze i oniemiałam.
Dziś, jakakolwiek uwaga, słowo podszyte antysemityzmem budzi moją wściekłość. Tak, wiem, znam i inne sprawy, ale nie interesuje mnie nic poza człowieczeństwem. Bo, idąc tropem "innych spraw", dlaczegóż to nie my trzęsiemy finansami świata, dlaczego nie my pomagamy swoim najzdolniejszym i nie my dbamy o swoich najsłabszych? Dlaczego my, nie żyjący w diasporze, a posiadający swoje miejsce na ziemi, zagryzamy się nawzajem w kraju, nie mówiąc o braku wzajemnej pomocy na emigracji, gdzie Polak Polakowi wilkiem?
Świetnie pokazał cząstkę tych problemów "Cud purymowy".
Skąd w nas się TO bierze? Wyssane z mlekiem matek, wsączone cienkim strumyczkiem na katechezach, przejęte w złej tradycji?
Dla mnie wynika to wszystko również z poczucia ogromnej zazdrości i poczucia niższości. Bo my nigdy, nigdy nie bylibyśmy narodem takim, jak Oni i przykro to pisać w przeddzień 11 listopada. Bardzo przykro.
Kij w mrowisko? Nie, to moje subiektywne myśli. Jakoś tak mi się z czytaną lekturą skojarzyło, a że tak się z datą Święta zbiegło, to czysty przypadek.
Czytam książkę dalej, wstaję, patrzę w okno i zastanawiam się nad szczęściem jakiego doświadczamy.
Radosnego świętowania!
Pozdravka.

