Walczę metodą walki z wiatrakami, walką Syzyfa, co skały taszczył jako ja konewki.
Jak walkę zwał, tak zwał, ja walczę, ich przybywa. Niby nie wiem, jak to się dzieje, ale tego lata mam chociaż częściowo na kogo zrzucić winę za nadmiar.
Nigdy nie miałam na tarasie uczepionych jego balustrady kwietnych korytek. Tego roku, za sprawą pewnego programu mam. Produkt lokowano, kwiecia bezmiar nawieziono.
No i przyznaję, prezentuje się to ładnie.
Od drogi. Dla gapiów, na bogato.
I niby pięknie, a dysonansik, bo w okienku na górze jakiś kolorek małosurfiniowy się pojawia.
Dokładnie taki.
Żeby stonować, to i tu pomarańczowy ulokowałam.
Oczy bolą, sama sobie się dziwię,
No to z drugiej strony taki. Niech się dzieje, niech się gryzie. Co mi tam monochromy, wyważone tonacje.
Jak już, to już! Krasnoluda brakuje.
I tym sposobem na mój spokojny, jakim miał być, śródziemnomorski taras...
...wdarł się kolorowy kociokwik.
Wtedy dodałam to.
I to. W końcu sama siałam i dbałam.
M się poszarogęsił i kupił takie dwa naczynia, to jeszcze one.
Bo jak miał nie kupić? No jak? Pytał.
Więc prowizorycznie wstawiłam w nie trzmielinę, co tak się pięknie ukorzeniła, a że nie ma nic trwalszego od prowizorki, to straszy mnie tą plastikową doniczką do dziś.
"Co się przejmujesz, taras powinien być jak choinka na święta, kolorowa, kiczowata!" - powiedziała córka - i spodobało mi się.
Czego brakuje? Białego.
I niespodziewanie zakwitł ON, agapant upragniony.
Miał być niebieski jak Adriatyk. Czekałam drugi rok i proszę, wbrew etykiecie biały.
Czyż nie cudny na tle barw tęczy w kolejnym korytku? Wybaczyłam mu, że nie jest niebieski.
Nigdy nie byłam tak ukwiecona.
Nigdy nie wtaszczyłam na taras tylu konewek wody.
Nigdy darowanemu koniowi w zęby nie zaglądam.
A co dopiero tabunowi?
Dziekuję!
To dla pani Ani, gdyby podczytywała.
Pozdravka.














