Jestem dzieckiem PRLu. Trochę wstyd, trochę sentymentu, ale fakt jest faktem.
Z PRLu mam najukochańszą, jedyną zresztą, Przyjaciółkę, taką, że daj Boże każdemu.
Byłam w Poznaniu, więc szybkie spotkanie, szybkie ploty rodzinne i towarzyskie, szybka kawa. Tylko gdzie? Jest na rogu kawiarnia, idziemy...
Rany boskie, czas się zatrzymał...
[Komórka, pstryk, pstryk.]
Stanął w miejscu i stoi, jak TA palma...
...jak TA kawa.
Natychmiast zażyczyłyśmy sobie takiej samej.
PRLowska pani kelnerka, ze znawstwem dobrana do scenerii, postawiła na PRLowskim stoliczku ze sztucznego marmuru dwie cudnie parujące PRLowskie kawy-żużlówy.
A serwetniczek, jakże gustowny, widzicie?
Ponieważ Przyjaciółka nie wierzy w kalorie [ "A widziałaś ty kiedyś kalorie? To powiedz jak wyglądają?"] przyniosła też świeżutkie i pachnące brzdące i kremówki nie tknięte chemią, jak na PRL przystało, a nas zaczarował barek.
Nic z tego, samochody.
Trwaj kawiarenko na rogu, gdzie czas stoi w miejscu. Żadne dizajny na sztuczny PRL nie zastąpią tego, co tu jest "na prawdziwo".
Po dwóch godzinach teleportowałyśmy się do rzeczywistości.
Za drzwiami kawiarenki Toyota i Ford zamiast Fiata 125 i Syrenki i bieg, bieg, bieg...
Dokąd?
Pozdravka.




