Jestem.
Chwilę mnie nie było, nie pisałam, nie zapeszałam...
... bo czekałam i sama nie wierzyłam, że...
... uwaga, uwaga!!!
Że przyjedzie.
Poznajecie?
Maja w zieleni.
Przybyła, jak to Ona, polną drożyną.
Z drużyną.
Damską.
Oraz męską.
Szybka kawa i do roboty, tym bardziej, że coś w powietrzu wisi.
Na szczęście burza poszła bokiem i pogoda jak marzenie, no poza 32 st. w cieniu. Mogłoby być o 10 mniej, ale nikt nie narzekał, bo najważniejsze, że nie było wiatru. Jak wieje, to huczy w mikrofonach i nie można nagrywać.
Czego to się człowiek nie dowie.
Ale wiatru nie było i nagrania ruszyły
I szły.
Jedna kamera szła.
Druga jeździła.
Zastanawiano się.
Dyskutowano, tak, czy siak, radzono i machano.
Ustawiano się.
Przymierzano.
Tu? Stoję.
Czy tu? Idę.
Może jednak tak.
Albo tak.
Chwytano widoki.
I kręcono, kręcono, kręcono.
Z rzadka wypoczywając, jak już, to twórczo.
Podsumowanie:
Przemiła ekipa.
P.Maja, jeśli to możliwe, jeszcze cieplejsza i bardziej pastelowa, niż na ekranie.
Dziesięć godzin ciężkiej pracy w słonecznym żarze.
Morze mięty z cytryną.
Z chłodnikiem obiadowym trafiłam w dziesiątkę.
Zapomniałam o podaniu sosu w ogóle i dodaniu sera do sałatki w szczególe, ale sernik się udał, śmietana się ubiła, poziomki dojrzały, a mogło się nie udać, nie ubić, nie dojrzeć.
Nie chciałabym pracować w żadnej telewizji.
Poza tym:
Sukienkę miałam adekwatną - taką, w jakiej każda ogrodniczka chodzi codziennie - kwiecistą kolorami wszystkich kwiatów, lejącą się i długą do samej ziemi. Same wiecie.
Nikt mi nie zrobił zdjęcia, więc nie pokażę, ale program ukaże się w ciągu roku, to zobaczycie. W listopadzie na przykład.
W przeddzień pierwszy raz wykoszono rowy przydrożne, bo we wsi gruchnęło. Nie wierzyłam.
Po obudzeniu się dzisiaj, zdawało mi się, że "wczoraj", to był sen.
A jednak jawa, no bo są zdjęcia. Jakby ktoś nie dowierzał. Tak jak ja.
Pozdravka.





















