Dziś pogoda, jak to w majówkę.
Ale surmia pięknie pąki rozwija.
Brzoza cudna deszczowych chmurach.
Więc dziś nie o kwiatkach, ale o trawnikach, tak trochę roboczo, doradczo, jakby ktoś chciał skorzystać. Ja trawnikowych wypasów mieć nie muszę.
Nie muszę, ale mam.
Tak jest przed skarpą.
A tak za.
To M, jak wiecie, czy nie wiecie, ma dwa świry, i niechby każdy men przy takich tylko świrach pozostawał. Jeden świr to żywopłot, drugi to trawnik. Kolejność dowolna, perfekcja wykonania taka sama.
Sporo jednego i drugiego.
I porada pierwsza. Jeśli macie duże trawniki, nie zbierajcie trawy na kosz. Rosną niebotyczne hałdy, ścinków z którymi nie wiadomo co zrobić. Jasne, że można kompostować, ale najpierw trzeba przesuszyć, bo mokra zgnije, roboty od groma, a poza tym, ile można mieć kompostu?
M mulczuje. Zabieg świetny, a mało popularny. Mulczowanie to jednocześnie świetne nawożenie! Ot, jedzie sobie ustrojstwo, kosi i jednocześnie wbija w murawę to co ścięło. Skoszone, a śladów brak.
Przy naszym areale, o wieku nie wspomniawszy, niezbędna jest kosiarka - traktorek.
Lepszy samochód, czy lepsza kosiarka, wybór należy do ogrodnika. M wybrał. I ma. Oczywiście, może być też pchana, ale mulczująca.
Jedynym warunkiem udanego mulczowania jest pogoda, bo mulczować trzeba co 3-4 dni, a w deszczu trawa przerośnie i zabieg należy wykonać 2-3 razy; wysokiej trawy nie zmulczuje.
Porada druga.
Wertykulacja. Nie będzie wimbledonu bez wertykulacji i to dwa razy do roku, a dodatek w krzyż.
No bo popatrzcie, co w trawie siedzi.
Wertykulacja wydobywa to z runi, oczyszcza ją, napowietrza, nacina, powoduje lepsze krzewienie.
Tak wygląda trawnik po wertykulacji, a w dali użytkowa łąka sąsiadów.
Im trawnik gorszy, tym gorzej będzie to wyglądało i tym piękniejszy będzie potem. Teraz czekamy na przewiędnięcie. 2-3 godziny.
Ogrodnik zmęczony, ale jakże dumny!
Zwertykulowane!
A potem zbiera się to wydłubane. Najlepiej kosiarką z koszem.
Tu widać, jaka jest różnica przed i po zebraniu.
Dalej na taczki i proszę bardzo! Przewiędnięte, z ziemią zmieszane doskonałe na kompost, na ściółkę, co kto woli. U nas wyląduje na kompostowniku.
Kompostownik jest po prostu usypywaną z ogrodowego badziewia pryzmą i nijak ma się do drewnianych marketowych cudnych skrzyneczek, bo musiałoby ich być pewnie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt. Metoda luźnej niezobowiązującej i sypanej jak leci pryzmy, tworzonej [ale twórczość...] zgodnie z poradą Prawdziwego Ogrodnika sprawdza się doskonale i po pewnym czasie mamy z niej cudnej urody kompościk, że tylko sypać, podsypywać, dodawać. Może jestem nienormalna, ale lubię przesiewać to "złoto ogrodnika". Mam przesiewacz profesjonalny, ale często macham nad taczką skrzynką ogrodniczą i patrzę jak "złoto" leci.
Musiałam, bo właśnie zakwitł przed domem.
Pozdravka.















