Pociecha z jesieni jest taka, że dla mnie to dobry czas na prace czas zabijające, wymagające wysiłku, zapewniające ruch i niemożliwe do wykonania podczas upału. Taką mam filozofię przetrwania. Przy okazji jasne światło i ów ruch podnoszą poziom serotoniny, kalorii ubywa, czyli szczęśliwa powinnam być. Teoretycznie.
Dwa alta temu zabijałam czas układaniem kamieni na skarpie, co dało początek "drugiemu ogrodowi".
Układałam, układałam, jesień mijała.
Potem M posiał trawę i zupełnie zaniedbany teren, który miał być tylko częścią gospodarczą, powoli zamieniał się w ów "drugi ogród".
Wiosną od strony pól posadziliśmy brzozowy zagajnik. Dla przytulności. Brzóz jest około trzydziestu, posadzonych za gęsto, bo z częścią i tak rozprawią się sarny i zające.
I zaczęliśmy zwozić kupowaną okazyjnie starą cegłę rozbiórkową, żeby wyjąć tymczasowe paskudne plastikowe obrzeża trawnikowe i zastąpić je obwódką z cegły. Jest praca na jesień? Jest.
Sąsiad meliorował pole. Stare rurki drenarskie zastępował rurami z tworzywa. Zaoszczędziliśmy mu wywózki, przytargaliśmy skarby i czekają na pomysł zastosowania. Pomysłu na razie nie ma, ale materiał jest!
Czeka nas jeszcze posadzenie szpaleru daglezji od strony sąsiada, na granicy ogrodu i drugiej nieużytkowanej przez nas działki, żeby wreszcie, po wielu porażkach z innymi nasadzeniami, skutecznie się odsłonić i zapewnić ogrodowi intymność.
Porażki były spektakularne. Z posadzonych pierwotnie pięknych jodeł kalifornijskich, przetrwały trzy.
Dalsze próby.
No a potem jeszcze tylko skopać warzywnik rozprawiając się przy okazji z górą kompostu, powycinać, uporządkować, zgrabić, dosadzić, przesadzić i.... przetrwać zimę.
Pozdravka.







