Zaglądają, podglądają.

niedziela, 29 stycznia 2012

Niby o modzie...

Obiecałam o modzie i nie wiem jak zacząć. Za szumnie obiecałam. Bo co można o modzie, jak się siedzi w ogrodzie, jak się nie ma  szarego pojęcia, co w modowym świecie piszczy, za to wie się, co piszczy w trawie?
Kiedyś, niby nie tak dawno temu, a jednak, w życiu miejskim, to i owszem, były momenty, gdy bywałam do tego stopnia modnie ubrana, że rodzony ojciec nie chciał ze mną wyjść na ulicę, "bo nikt tak się nie ubiera". "Jeszcze", pomyślałam i poszłam sama.
Dziś zmieniły mi się priorytety, tak to nazwijmy*. Za niczym nie gonię, a więc za modą również, z nikim się nie ścigam, niczego mieć nie muszę. Ale MOGĘ  i tu tkwi zasadnicza różnica. Mogę, ale nie muszę.
To "mogę, ale nie muszę" u mnie objawia się tak. Mam pewna kwotę na ciuchy. I nie "załóżmy, że mam", tylko mam.  Wstępuję tu i tam, stwierdzam że nic ciekawego i dalej mam. Jakby co, to mam. Komfortowe życie. Bo, gdyby na przykład, taka torba, sweter, spodnie, lub cokolwiek innego- ale jak marzenie- no to wtedy, proszę bardzo, kupuję, bo mam za co. Ale takie przypadki, że tylko to i nic więcej,  zdarzają mi się rzadko, więc dalej mam i komfort trwa. Coś pięknego, taki stan.
Poza tym czasem dopada mnie przypadłość "wciągania". Sto razy mogę przechodzić obok, nazwijmy ogólnie, sklepów "tania odzież" i aż mnie odrzuca, aż nagle wciąga i wiem, że muszę wstąpić, bo tam jest TO. Nie wiem co, ale wiem, że jest. Wchodzę i... jest, wisi sobie, czeka na mnie.
Ostatnio, po długim niebywaniu, wisiało  to:
 Kupiłam sobie bluzeczkę, zastanawiałam się, do czego mi ten kolor i za chwilkę już wiedziałam - do tego cudnego sweterka, który czekał na mnie w wiadomym sklepie.
No spójrzcie, jaki cudny.
W innym miejscu, na skutek niebywale silnego "ciągu", znalazłam tę koszulę.


Cudo. Niby za duża, ale jako luźna narzucajka będzie świetna. Nie mogłam przepuścić czystego mięciutkiego  lnu i  dobrej firmy.
Potem znalazłam jeszcze to. Ładne, długie, jak znalazł.
  I z rozpędu  nabyłam jeszcze tę tuniczkę ogrodową.
Jakaż  adekwatnie do okoliczności przyrody i motylobarwnie ubrana będę  w tym sezonie ogrodowym! Koniec z lataniem w wyszmotruchanych koszulkach i starych dżinsach, elegancka będę! Czasami.
A Wy? Jaki macie stosunek do szmateksów? Wchodzicie, omijacie, kupujecie, czy nie? Szukacie marek, okazji, jak to jest?
Na zakończenie wracam do zdjęcia z poprzedniego posta. Nikt nie zgadł. Tylko Megi trafnie podała źródło. Tak, to "Przekrój", kiedyś kultowy, teraz zepsiały "Przekrój", z 1968 roku.
No to jeszcze chwila wspomnień...





Gdzie dziewczyny z tamtych lat? Ech, życie...
Pozdrowienia.
 * Zmiana priorytetów absolutnie nie dotyczy zmiany figury i wagi, żeby było jasne.

5 komentarzy:

  1. ślicznie super wygląda to wszystko pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. He, he, a ja najczęściej te odłożone na ciuchy tracę... w sklepie ogrodniczym, bo tylko tam nie mogę się oprzeć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ ta tunika ogrodowa śliczna!!!
    Ja uwielbiam szmateksy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też jestem ciuchowa i zwykle nie odrzuca mnie od second handów, bo tam tak nietuzinkowo bywa:) Sto na sto punktów na tunikę ogrodową!

    OdpowiedzUsuń
  5. hahaaaa! ale żeby zaraz 68? Bardzo dokładnie przestudiowałam zdjęcia,mankiet, pasek, jak się ubierali ludzie w 85 (nie ja, bo ja wtedy szyłam, farbowałam, malowałam ciuchy z tetry i flaneli, ech...), jak długo gazeta mogła przeleżeć na strychu itp... i wyszło. Znaczy, że moda bardziej wraca, niż myślałam. Ciągle jestem ciuchowo zakręcona, cała z czasów niedoboru, teraz szafy się przelewają...

    OdpowiedzUsuń